Archiwum dla kategorii ‘Red Hot Chilli Biker'z‘




Alpy, Zurych – Wenecja 2007, Dzień 4

2007-09-03, poniedziałek

Dnia 4ego wstaliśmy około godziny 9.30 i od razu przystąpiliśmy do szybciutkiego pakowania rzeczy by czem prędzej pożegnać ponurego rodaka i wyruszyć w dalszą drogę.

Pogoda była już całkiem stabilna i w niepamięć poszły deszcze i wiatry sprzed 2 dni, kiedy to marzliśmy przemoczeni na podjeździe do Andermatt. Od rana świeciło słońce, a na niebie tylko niekiedy gościły nieliczne, zupełnie niegroźne, białe chmury.

Tego dnia czekał nas ogromny podjazd na przełęcz Sen Bernardino Pass (2065 m.n.p.m.). Przełęcz, którą mieliśmy tego dnia zdobyć nie była najwyższa, ani nawet druga, co do wysokości na tym wyjeździe, jednak podjazd na nią rozpoczynał się z bardzo małej wysokości z miasteczka Belinzzona położonego na wysokości ok. 300 m.n.p.m. Czekało na nas, zatem około 1800 metrów przewyższenia (tu znajduje się przekrój podjazdu na tę przełęcz http://www.bertevers.nl/Profielen/Passo%20del%20San%20Bernardino%20(Lostallo).gif )

Z miejscowości Biasca mieliśmy 25 kilometrów lekkiego zjazdu do Belllinzona’y, w której spożyliśmy obfite śniadanie i nieświadomi jeszcze tego co nas czeka, z rogalami od ucha do ucha ruszyliśmy kiele godziny 13tej w stronę przełęczy. Po około 20tu kilometrach dojechaliśmy do miejscowości Lostallo, w której droga odczuwalnie się spiętrzyła. Tego dnia po raz pierwszy odczuliśmy na własnych skórach, że jak za ciepło to też nie fajnie jest. Temperatura oscylowała w okolicach 37 stopni w słońcu, a ten ząbek czesany podjazd nijak nie chciał się skończyć. O godzinie 17.30, po pokonaniu setek tysięcy serpentyn oraz ostro już podmęczeni wjechaliśmy, żywo uradowani do miejscowości San Bernardino. Nasza radość zgasła jednak niczym entuzjazm w oczach elektoratu Pis po dwóch latach nieudolnych rządów tychże śmiesznych ludków, gdy dowiedzieliśmy się, że miasteczko znajduje się na wysokości 1608miu m.n.p.m. Okazało się bowiem, że na dobry dnia kuniec czeka nas jeszcze 468 metrów przewyższenia na odcinku jakiś 10-11tu kilometrów.

Ku pokrzepieniu serc oraz żołądków spożyliśmy po solidnej jajecznicy z giętą i około godziny 19tej z minutami rozpoczęliśmy pedałowanie pod górkę w celu złamania tego podłego garba, na którego podjazd dawał nam w kość przez cały dzień. Wstępny plan był taki, że przekimamy się pod namiotem na przełęczy, jednak z racji tego, że temperatura z każdą minutą dramatycznie spadała, zrezygnowaliśmy z tego pomysłu ( na przełęczy kiedy ją osiągnęliśmy było około 10ciu stopni, a była to godzina 20.30 ).

Większość tej części podjazdu na San Bernardino Pass, pokonaliśmy już w cieniu gór, słońce oświetlało tylko wyższe partie skał, co tworzyło niesamowity i malowniczy efekt.

Z przełęczy w dół jechaliśmy świetnym – technicznym odcinkiem, na początku było trochę prostych pozwalających uzyskać spore prędkości, a następnie bardzo dużo serpentyn z nawrotami o 180 stopni. Z przełęczy zjechaliśmy w okolice najbliższej wioski około 21szej i od razu zaczęliśmy rozglądać się za miejscem do spania. W miejscu , w którym się zatrzymaliśmy stały segmentowe baraki robotników ( remontowany był odcinek drogi ). Tu przeżyliśmy kolejny szok kulturowy, ponieważ był to piątkowy wieczór, w barakach nie było ani jednego człowieka, a stały one otwarte, bez żadnej opieki i ochrony !!! ( w kaczogrodzie rzecz raczej niewyobrażalna ). Wraz z Glizdą po szybkiej naradzie postanowiliśmy skorzystać szybciutko z pryszniców w tych barakach ( po raz pierwszy na wyjeździe J !! ). Po orzeźwiającej, szybciutkiej kąpieli ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiegoś miejsca do spania. Udało nam się przez przypadek znaleźdź jednostkę wojskową, w której nie mogliśmy się zatrzymać z racji cywilnego naszego statusu, jednak dwóch miłych trepów dostało przepustki i pomogli nam załatwić nocleg w stodole u pobliskiego chłopa – Hansa. Tę noc spędziliśmy śpiąc na mięciutkim sianku. Rankiem czekała na nas niespodziewajaka, ale o tym już w następnym wpisie…

Tego dnia śmy zrobili 78 kilometrów, głownie pod górę (sic.) w niosłabym upale.

Kategoria Red Hot Chilli Biker'z | Drukuj wpis
Brak komentarzy » | Poleć wpis znajomemu



Alpy, Zurych - Wenecja 2007, Dzień 3

2007-08-27, poniedziałek

Szemka, teraz będzie opis dnia trzeciego.

Dnia trzeciego, zaraz po tym jak wstaliśmy i roztwarliśmy wrota garażu noclegowego dopadł nas klawy nastrój gdyż okazało się, że pomimo licznych chmur (wreszcie białych, a nie sinych-burzowych), w oczy spogląda nam słoneczko pełną gębą i temperatura jest piknie dodatnia na plusie. Szybciutko zagrzaliśmy makaron z warzywami i wurstami (kiełba po niemiecku to wurst) iśmy rozpoczęli pedałowanie w stronę przełęczy OBERALP, na którą podjazd zaczynał się za zakrętem.

Przełęcz OBERALP (2044m.n.p.m) nie stanowiła jakiegoś niezwykle wymagającego wyzwania. Na dobry dnia początek mieliśmy do pokonania około 600 metrów przewyższenia na odcinku 11tu kilometrów, także po półtorej godzinie byliśmy już na przełęczy (po drodze musieliśmy zmienić jeszcze dętkę w rowerze Doctorra El Commendante) i dziarsko pokrzepialiśmy się piweczkiem złocistym. Oczywiście za trud podjeżdżania na przełęcz czekała nas nagroda, czyli zjazd, na, którym po raz pierwszy na tym wyjeździe można było podgotować płyn w hamulcach oraz naćpać się strzałem adrenaliny w tętnice ( prędkość na zjeździe to wypadkowa pomiędzy 60-83 km/h na prostych odcinkach).

Z przełęczy zjechaliśmy do miasteczka Disentis-Muster (1130 m.n.p.m.) , w którym to postanowiliśmy spożyć obiad węglowodanowy, tak, aby mieć moc i energię na dmuchnięcie drugiej tego dnia przełęczy, jaką być miał LUKMANIER PASS (1920 m.n.p.m.).

I tak żeśmy właśnie zrobili, czyli zjedli obiadeczek, wysłali karteczki widokowe, odpoczęli z godzinkę po jedzonku i zaczęli pedałować pod góreczkę czem prędzej.

Przełęcz osiągnęliśmy po około 2óch godzinach z hakiem kręcenia. Na przełęczy znajduje się (tak jak na większości wysokich przełęczy) restauracyjka, także nie obyło się bez spożycia. Później jeszcze tylko zdjęcie przy pomniku jakiejś świętej oraz kościółku i już szybciutko srrruuu w dół ku noclegowemu miejscu.

Tego dnia noc mięliśmy spędzić w miejscowości Biasca we włoskiej części Szwajcarii. Zalogowaliśmy się u miłego starszego gościa w ogródku na trawniku i poszliśmy we wioskę przepłukać nerki.

W knajpeczce, gdy prowadziliśmy ożywioną rozmowę podeszła do nas miła Pani Barmanka i zapytała się czy my POLAKKO. Odpowiedzieliśmy, że POLAKKO. Ona bardzo ucieszona poinformowała nas werbalnie za pomocą łamanej angielszczyzny oraz obfitej gestykulacji, że w miasteczku mieszka niejaki Jurek, który też jest Polakiem i do tego prowadzi knajpę i że ona już do niego dzwoni. Myśmy rzecz jasna uradowali się na tę okoliczność, wyobrażając sobie jak to, za jaką godzinę na stół wjadą pieczone kurczaki, strumieniami spłynie na nas piwo i gorzoł, bo przecież wiadomo, ze Polak jak spotka Polaka na obczyźnie no to nie ma siły, przaśne dziać się muszą hece. Dogadaliśmy się z Jureczkiem, że zaraz do niego naganiamy. Niestety Jureczek, który w Szwajcarii mieszka od lat 30tu okazał się nie pamiętać już jak wygląda tradycyjna Polska gościnność, nie dość, że za wszystko musieliśmy zapłacić to jeszcze nam się żalił przez 3 godziny jak to mu jest źle w Szwajcarii i jak wysokie musi płacić podatki, hehe. Zamurowało go ostro jak Doctore El Commendante (który z zawodu jest chirurgiem-neurologiem) powiedział mu, że w szpitalu w Krakowie zarabia równowartość 500 franków szwajcarskich miesięcznie (kelnerka w knajpie zarabia tam około 3000 franków). Pożegnaliśmy Jureczka około godziny 24tej , ostro znużeni jego biadoleniem i poszliśmy spać w jego składziku. Należy oddać mu sprawiedliwość, na noc ofiarował nam oranżadę i wodę mineralną (łaskawca J ).

 

Tego dnia przejechaliśmy 99 kilometrów, pokonaliśmy dwie spore przełęcze i nadzialiśmy się na krajana, który zmarnował nam po trzy godziny życia.

2.jpg3.jpg4.jpg5.jpg6.jpg7.jpg8.jpg9.jpg15.jpg16.jpg17.jpg18.jpg19.jpg20.jpg21.jpg22.jpg23.jpg24.jpg25.jpg26.jpg27.jpg28.jpg29.jpg30.jpg31.jpg32.jpg

Kategoria Red Hot Chilli Biker'z | Drukuj wpis
1 Komentarz » | Poleć wpis znajomemu



Alpy, Zurych - Wenecja 2007, Dzień 2

2007-08-20, poniedziałek

Drugiego dnia nie spieszyliśmy się przesadnie z wyruszeniem ze składu z kwiatami, w którym spędziliśmy noc. Były dwa ku temu powody; po pierwsze aura była podła, czyli znowu zimno i deszcz, co jakiś czas, po drugie chcieliśmy odespać nocną podróż oraz poprzedni dzień.

Pozbieraliśmy się do przysłowiowej kupy około godziny 10.30 i od razu skierowaliśmy się na przystań, z której miał zabrać nas prom do miejscowości, Gersau po drugiej stronie jeziora. Prom ów przypłynął po niecałym kwadransie także dość szybko mogliśmy dosiąść naszych objuczonych aluminium – rumaków, które z sakwami przypominały raczej klacze pociągowe z nadwagą i wyruszyć w dalszą podróż ku niezdobytemu dnia poprzedniego Altdorfowi. W Gersau spożyliśmy jeszcze szybkie śniadanie bogate w węglowodany oraz keczup i bryknęliśmy radośnie w nieznane.

Do Altdorfu mieliśmy około 20 kilometrów bardzo malowniczej szosy biegnącej wzdłuż jeziora, czyli byłoby sielankowo gdyby nie pogoda, która ciągle nie zachwycała. W Altdorfie spotkaliśmy sympatycznego młodego człowieka w naszym wieku, na old-skulowym szosowym specialized’zie, który poinformował nas gdzie znajduje się najbliższy sklep rowerowy, w którym jak się później okazało sam czasami pracuje jako serwisant. Ów sklep znajdował się w zasięgu wzroku Stevie Wondera, czyli niespełna 10metrów od nas po drugiej stronie ulicy. Nie zauważyliśmy go gdyż Szwajcaria miodem i mlekiem płynąca, z bankami wypchanymi po brzegi złotem oraz walutą, jest gospodarczo na tyle wydolna by swoim obywatelom fundować półgodzinną przerwę w pracy pomiędzy godziną 12tą, a 12tą 30ści, kiedy to podwoje wszystkich prawie podmiotów handlowych zostają zamknięte. Z usług sklepu rowerowego chciał skorzystać Doctore El Commendante, który w przeciągu dwóch dni przekosił dwie dętki ustalając niezłą średnią, a jednocześnie uszczuplając swój zapas w dwóch trzecich stanu całkowitego (adres internetowy sklepu owego to www.justforfreaks.ch ). Gościu w sklepie okazał się bardzo miłym typkiem i odradził nam wjeżdżanie na Sustenpass tego dnia, gdyż ma padać deszcz, a na górze jest duża szansa na przy zerową lub poniżej zerową temperaturę. Po szybkiej naradzie przed sklepem postanowiliśmy zrezygnować z łamania trzech przełęczy, które były w planie (Sustenpass 2224m.n.p.m., Grimselpass 2165m.n.p.m. oraz Furkapass 2431m.n.p.m.) i od razu skierować się do miasteczka Andermatt.

Jak się okazało 25 kilometrów później, podjazd do Andermatt wcale nie będzie sielankową przejażdżką, ponieważ zaczął siąpić deszcz, a temperatura odczuwalnie spadła. Niezłe wrażenie robiła kurtyna gęstych chmur, które w pewnym momencie wisiały nad nami dosłownie z 500 metrów pochłaniając wszystko, co było wyżej. Dodatkowo czekało nas 1000 metrowe przewyższenie na 20tu kilometrach podjazdu, ponieważ Andermatt znajduje się na wysokości 1400m.n.p.m., a Altdorf na około 400tu. Podjazd był oszałamiający, kilka długich tuneli w litej skale, piękne i malownicze serpentyny oraz rwąca wzdłuż drogi górska rzeka.

Ten odcinek nie należał do przyjemnych z powodu pogody. Mniej więcej w połowie drogi byliśmy już nieźle zmarznięci i przemoczeni. W Andermatt byliśmy około godziny 17.30. i od razu zaczęliśmy rozglądać się za miejscem do spania. Tego dnia padło na garaż u miłej Pani gospodyni. Szybciutko przebraliśmy się w suche rzeczy, ugotowaliśmy na butli obiad, przygotowaliśmy miejsca do spania i udaliśmy się do najbliższej knajpy w celu spożycia niewielkiej ilości piwska ku pokrzepieniu ciała i ducha.

Tego dnia musieliśmy podjąć dramatyczną decyzję i zrezygnować z pętli, jaką chcieliśmy zatoczyć po 3ech przełęczach i od razu udać się do miasteczka Andermatt, do którego wedle pierwotnego planu mięliśmy dotrzeć dopiero za dwa dni ( w tym roku ta pętla była premią górską w Tour de Suisse – 7my etap http://www.tds.ch/tourdesuisse/deutsch/strecke07/07.html ). Z Andermatt dnia następnego mięliśmy rozpocząć podjazd na pierwszą na tym wyjeździe przełęcz Oberalp 2033m.n.p.m.

Tego dnia statystyka nie była wstrząsająca, gdyż przejechaliśmy tylko 71 kilometrów. Należy jednak pamiętać, że warunki były dość trudne oraz czas startu mocno wakacyjny.

2-1.jpg2-11.jpg2-12.jpg2-13.jpg2-14.jpg2-17.jpg2-18.jpg2-19.jpg2-20.jpg2-21.jpg2-22.jpg2-23.jpg2-24.jpg2-3.jpg2-5.jpg2-6.jpg2-7.jpg2-9.jpg

Kategoria Red Hot Chilli Biker'z | Drukuj wpis
1 Komentarz » | Poleć wpis znajomemu



Alpy, Zurych - Wenecja 2007, Dzień 1

2007-07-31, wtorek

Z Warszawy wyruszyliśmy 09.07.07 Pociągiem pośpiesznym do Poznania o godzinie 18tej. Po czterech godzinach dotarliśmy na miejsce, lekko zdegustowani panującą aurą ( cała Europa, poza skrajnym południem znajdowała się wtedy pod wpływem kontynentalnego niżu).

Na dworcu w Poznaniu czekał na nas bus, który miał za zadanie dowieść nas na lotnisko w Berlinie,z którego mieliśmy następnego dnia o 6tej rano odlot do Zurychu. Podróż do Berlina zajęła nam kolejne cztery godziny. Nasz nastrój nie był imponująco radosny, gdyż sprawdziliśmy w Internecie pogodę w Szwajcarii i okazało się, że w rejonie, do którego mamy udać się na samym początku jest najzimniej w europie. Na mapce meteorologicznej było 14 stopni Celsjusza i czarne chmury z piorunami. Gwoździem do emocjonalnej trumny był wykres temperatur na poszczególnych wysokościach: 1000 m.n.pm. – 14-15 stopni Celsjusza, 2000 m.n.p.m. – 3 stopnie Celsjusza, 3000 m.n.p.m. - -4 stopni Celsjusza! Dodam tylko, że pierwszą zaplanowaną na trasie przełęczą był SUSTENPASS, który znajduje się na wysokości 2224 m.n.p.m. i słabo nam się przedstawiał kilkugodzinny podjazd w deszczu na przełęcz, na której może być zerowa, bądź ujemna temperatura.

Na lotnisku w Berlinie oczywiście przywitała nas obfita pompa z nieba i wiatr oraz zamknięte lotnicze podwoje. Okazało się, że lotnisko w godzinach 24.00 – 4.00 rano jest zamknięte. Niezrażeni nazbyt udaliśmy się na piętrowy parking i tam rozłożywszy karimaty oraz śpiwory przycięliśmy przysłowiowego komara, nastawiwszy wcześniej budzik w telefonie na 4.30, tak by prosto z legowisk udać się na odprawę.

Odprawa przebiegła sprawnie poza bagażem podręcznym Doktorka El Comendante, który miał w plecaku czołową lampkę rowerową, wyglądającą na prześwietleniu Rentgenowskim jak domowej roboty bombaJ ( jakaś bateria, kabelki, i okrągłe coś). Pojawiło się kilku dodatkowych celników, oraz słynące ze specyficznej urody Niemki – celniczki ( coś jakby połączenie otyłego Brusa Lee z piersiami). Po kilkunastominutowej naradzie i wysłuchaniu wyjaśnień Doktorka El Comentante, dzielny celnik podjął próbę otwarcia plecaka ( choć trzeba dodać, że minę miał niewyraźną). Po odprawie zapakowaliśmy się, rozbawieni zaistniałą sytuacją na pokład samolotu.

W Zurychu byliśmy coś około 7-mej rano, odebraliśmy rowery, założyliśmy bagażniki i sakwy i nieśmiało udaliśmy się do wyjścia, z nadzieją że zwykłe rowery wystarczą i nie będziemy potrzebować wodnych. Okazało się, że pogoda pomimo iż niezbyt stabilna pozwala na rozpoczęcie podróży. Pierwszego dnia w planach mieliśmy dotrzeć do miasta Altdorf, położonego u podnóża tej części Alp szwajcarskich i oddalonego od Zurychu, wg. naszych wyliczeń o jakieś 75 kilometrów. Początek trasy przebiegał bezproblemowo, co jakiś czas musieliśmy skryć się pod dachem przed deszczem ( nie chcieliśmy pierwszego dnia wyziębiać się i moknąć, żeby na samym początku wyprawy nie popaść w chorobę). Pierwszy problem pojawił się gdy na horyzoncie pojawiły się już sylwetki wysokich gór. Mianowicie w miejscowości Kussnacht pomyliliśmy drogę i zamiast skręcić w lewo i odbić na Altdorf, pojechaliśmy w prawo kierując się na Lucerne wzdłuż jeziora ???????????????? . W Lucerne, które nota bene okazało się piękną i malowniczą miejscowością turystyczną zorientowaliśmy się, że coś nie gra. Sytuację pogarszało to, że każda zapytana o drogę przez nas osoba mówiła co innego i podawała różne odległości. Maksymalna rozbieżność w tym ile kilometrów musimy się cofnąć oscylowała pomiędzy osiem, a czterdzieści! Postanowiliśmy zapytać się portiera w pobliskim 4-ro gwiazdkowym hotelu, wychodząc z założenia, że gościu musi znać tutejsze trasy i drogi. Miły pan wszystko nam wytłumaczył i nawet wydrukował mapkę z Internetu. Powiedział, że nie musimy się cofać, lecz powinniśmy pojechać jeszcze 2-3 kilometry do przodu, skręcić na most, przejechać nim i później cały czas drogą prosto i wrócimy do tej, która idzie wzdłuż jeziora, po jego drugiej stronie. Wszystko pięknie i ładnie, lecz okazało się, że niespełna 20 kilometrów dalej, zwykła droga kończy się w miejscowości Beckenried i do tej trasy do, której my chcemy się dostać dochodzi już tylko autostrada biegnąca tunelem, na którą rowerem wjechać oczywiście nie można. Spokojnie mogę napisać, że wyprowadziło nas to z równowagi na tyle, że gdyby był w zasięgu rąk ów miły i przyjaźnie nastawiony portier, który nas tu skierował to miałby się z pyszna. Z mapy okolicy wynikało jednoznacznie, że musimy się cofnąć, objechać jezioro i nadrobić 50 kilometrów, aby znaleźdź się w miejscu, które widzimy mamy w zasięgu wzroku, na drugim brzegu jeziora. Na zegarkach było już po dwudziestej, my byliśmy już całkiem zmarznięci i rozstrojeni nerwowo szwajcarskim oznakowaniem dróg oraz topograficzną orientacją obywateli tego pięknego kraju. Na otarcie łez okazało się, że rano możemy zapakować się na prom i przepłynąć na drugą stronę za 7 franków szwajcarskich, unikając tym samym pedałowania bez sensu z powrotem oraz wyroku za znęcanie się nad hotelowym portierem. Noc spędziliśmy w składzie z kwiatami u miłego gościa, który pozwolił nam się tam nieodpłatnie przekimać.

Tego dnia przejechaliśmy 102,5 kilometra, pagórkowatym terenem, myląc trasę i tracąc kupę czasu na dowiadywanie się, którędy jechać by dotrzeć do celu, którego tego dnia nie osiągnęliśmy.

Dobra rada, jeżeli ktoś wybiera się do Szwajcarii jest taka by albo mieć dokładną mapę tego kraju, albo GPS’a gdyż często na skrzyżowaniach i rozjazdach są tabliczki wskazujące tylko najbliższe miejscowości, a nie ma znaków którędy jechać do tych, które znajdują się za nimi, nawet, jeżeli są większe.

RHCHB_dzien1_1.jpgRHCHB_dzien1_2.jpgRHCHB_dzien1_3.jpgRHCHB_dzien1_4.jpgRHCHB_dzien1_5.jpgRHCHB_dzien1_6.jpg

Kategoria Red Hot Chilli Biker'z | Drukuj wpis
Brak komentarzy » | Poleć wpis znajomemu



Red Hot Chilli Biker’z

2007-07-31, wtorek

Red Hot Chilli Biker’z to nasza, licząca sześć osób grupa rowerowa. Od roku 2004-ego corocznie eksplorujemy Alpy.Do tej pory odbyliśmy trzy wyprawy – 2004r. Wenecja – Wiedeń (w pięć dni); 2005r. Geneva – Mediolan (w osiem dni); 2006r. Geneva – Nicea ( w siedem dni). Przez te kilka lat pokonaliśmy prawie wszystkie najtrudniejsze i najbardziej wymagające alpejskie przełęcze oraz podjazdy (m.in. Col de l’iseran - 2770 m n.p.m. –najwyższa dostępna komunikacyjnie przełęcz w europie oraz Cime de la Bonette - 2802 m n.p.m. najwyższa alpejska szosa).

DoctorreGrzybekStasiu

Kategoria Red Hot Chilli Biker'z | Drukuj wpis
Brak komentarzy » | Poleć wpis znajomemu


Travelone.pl - Last Minute

Travelone.pl Bezdroża Surfcenter Lido Blu VOYAGE - MAGAZYN O PODRÓŻACH Pixelforge studio graficzne Hotel Santoni SkyEurope ReniSport Edgard Polskie Radio BIS Radio Lublin

O projekcie | Nota prawna | Współpraca   Copyright 2007 © Travelone.pl   Realizacja: Studio graficzne Pixelforge